Jeden
Przenieśmy się do Brighton, do przełomu września i października.
Kasia wprowadziła się do nas jakieś dwa miesiące temu, a ja od miesiąca jestem wiecznie jak to pisał Milne w Kubusiu Puchatku "Najęty Bryś". Mijamy się przy śniadaniu. Albo wcale. Nasze rozmowy nie mają w sobie już tyle luzu. Każdy ma, w sumie, pod górkę.
Kiedyś wychodziliśmy razem. Praktycznie bez grosza. Budżet był tak ciasny, że czasem rezygnowaliśmy z autobusu, żeby zjeść coś słodkiego. I szliśmy. I gadaliśmy. Miejsce niegdysiejszego bujania w obłokach, zajęło wyrzucanie z siebie emocjonalnego syfu nagromadzonego w pracy.
Teraz spotykamy się wieczorem w kuchni, lub tuż przed snem w sypialni. Każdy chce jak najszybciej położyć się spać. Bartosz ogarnął sobie Spotify, więc zakłąda słuchawki i odpływa. Ja doszkalam się na Youtube z różnych trików ciesielskich, lub uzupełnuiam narzędzia na Amazonie. To znaczy, że kasy już nie brakuje.
I językowo mamy też kolejny "zbieg okoliczności". Bycie na szczycie, czyli bycie numerem jeden ma wpisane w scenariusz również chwile samotności. W angielskim mamy etymologicznie rozłożone dwa słowa: 'one' - jeden, 'alone' - sam/samotny. Taką przypadkową zbieżność miałem wątrpliwą przyjemność doświadczyć na koniec pobytu w Brighton.
Photo by Andreea Ch from Pexels
Komentarze
Prześlij komentarz